Subscribe

RSS Feed (xml)

Powered By

Skin Design:
Free Blogger Skins

Powered by Blogger

17 września, 2026

Przeciw znikaniu - 19 Spotkania Teatralne Innowica 2026

 

(fot. Pan Kracy)


Jeśli słyszałeś o Nowicy i o festiwalu, który się tu odbywa w pierwszy wrześniowy weekend to wiesz, że przez najbliższe trzy dni wszystko będzie inne. A kiedy się tu już znajdziesz orientujesz się, że nie bardzo wiadomo, która jest godzina. Widzisz góry, niebo, chyże, drewniane cerkwie, łąki i lasy. Nie ma wielkich scen, czerwonych dywanów i całej tej infrastruktury, która przypomina, że będziesz uczestniczyć w „wydarzeniu kulturalnym”. Zaczynasz spotykać ludzi. Znajomych. Nieznajomych. Artystów. Tych, których znasz od lat, i tych, z którymi rozmawiasz po raz pierwszy. Z ludźmi, którzy naprawdę chcą być razem.


Tegoroczny festiwal rozpoczęła Anna Seniuk. Jej „Stand-up na siedząco” był spotkaniem z aktorką, która po sześćdziesięciu latach pracy artystycznej mówi o teatrze i życiu bez żadnej pozy. O miłości, sztuce, samotności, wierze, przemijaniu. O wszystkim, co zostaje, kiedy zdejmiemy kostium i przestajemy grać swoje role. Było w tym spotkaniu z wybitną Artystką dużo humoru, autoironii, ale też coś bardzo osobistego. Jakby ktoś na chwilę otworzył przed nami swój pamiętnik i pozwolił zajrzeć do środka.



Po monodramie Anny Seniuk troje artystów w performansie „Tańcząc ku korzeniom” stworzyło żywą instalację, w której trudno było powiedzieć, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna przyroda. Ten obraz przywoływał jakiś pierwotny rytuał, przypomnienie, że zanim wymyślono teatr i wszystkie artystyczne konwencje, był ruch, oddech i połączenie ze światem przyrody.


(fot. Pan Kracy)


Potem nadeszły „Fantomy” Teatru Akt - spektakl inspirowany  powieścią „Solaris” Stanisława Lema. Spotkanie z Nieznanym, którego tak naprawdę nie potrafimy spotkać, bo nawet z drugim człowiekiem nie umiemy często nawiązać prawdziwego kontaktu. Człowiek wyrusza więc w kosmos, ale wszędzie zabiera ze sobą samego siebie i swoją naturę.


(fot. Sebastian Stokłosa)


Drugi dzień rozpoczął się od „Świętokrzyskich historii - mostów między pokoleniami” Zuzanny Wiatr i Bartłomieja Wolfa. To był jeden z tych momentów, kiedy teatr przestaje być czymś, co się tylko ogląda, a staje się sposobem słuchania. Prawdziwe historie - opowieści o ludziach, którzy pamiętają inny świat - dawne miejsca, rzemiosła, wieś. I nagle okazuje się, że teatr również może być mostem. Nie tylko pomiędzy sceną a widownią, ale pomiędzy tymi, którzy byli przed nami, a nami.


(fot. Sebastian Stokłosa)


Później jarotochowicz „W poszukiwaniu zaginionej łyżki” zabrał wszystkich do mitycznej Nowicy. Łemkowska wieś, łyżkarstwo, stare fotografie, legendy, czarty, miłość i śmierć. Historia konkretnego miejsca zaczęła działać jak mit - bo każde miejsce z czasem zaczyna mieć swoją pamięć i duchy.


Nagle – z Teatrem Mimo – przyjechali „Komedianci” - wędrowni artyści, którzy od dawna nie mieli dla kogo grać, ale widzowie już na nich czekali. „Komedianci” przypomnieli czasy, kiedy aktor nie potrzebował budynku, kurtyny ani skomplikowanej technologii. Wystarczył im człowiek, który chciał wysłuchać ich opowieści. Pomiędzy komizmem i lekkością pojawiła się nostalgia za teatrem, który był sposobem życia i bezpośrednim spotkaniem z drugim człowiekiem. I trudno było nie pomyśleć, że ten spektakl jest o nas wszystkich tu i teraz, w tym miejscu. Bo czym byłby teatr bez widza?



W wiejskiej świetlicy czekali już na widzów „Zbieracze kości”. To chyba jeden z tych spektakli, które szczególnie mocno pozostają w człowieku. Dwie osoby. Dwie historie. Dwie babki. Jedna przyjeżdża do cudzego domu, w którym piec jest jeszcze ciepły. Druga dostaje dobę na spakowanie rzeczy i zostaje deportowana na Zachód. A pomiędzy - Beskid Niski, Łemkowie, Polacy, wysiedlenia, pamięć i powroty. Teatr Plemię nie próbuje opowiadać wielkiej historii z podręcznika. Opowiada historię przez własną rodzinę, własną pamięć. I dlatego staje się ona tak bliska.


Późnym wieczorem przyszło „Technosis” Grupy WoRaZu. I chyba trudno było o spektakl bardziej pasujący do tego czym jest Innowica i jej młoda publiczność. Technologia, która miała nas połączyć, zaczyna nas od siebie oddzielać. Człowiek coraz więcej czasu spędza w świecie ekranów, komunikatów, obrazów i nieustannego pośpiechu, a coraz mniej potrafi po prostu być – ze swoim ciałem, drugim człowiekiem, ciszą. „Technosis” nie opowiada o tym słowami. Ono pokazuje to ciałem. Powolnym, niepokojącym ruchem teatru butoh, ciężką muzyką, obrazami, które bardziej się odczuwa, niż rozumie. Patrząc na performerów, miałem momentami wrażenie, że oglądam człowieka próbującego wydostać się z własnej technologicznej pułapki - przypomnieć sobie, że mamy jeszcze ciało, oddech i możliwość bezpośredniego przeżywania świata. I może właśnie dlatego ten spektakl tak mocno wybrzmiał w Nowicy - pośród gór, ciemności i ludzi będących obok siebie naprawdę. Wystarczająca obecność.


(fot. Sebastian Stokłosa)


W sobotę u Piotra Michniaka - sołtysa wsi - można było zobaczyć, jak powstają drewniane łyżki. Niby zwyczajne rzeczy. Drewno, narzędzie, ręce, ale w Nowicy to właśnie jest historia. O niej też opowiadały później „Trzy jabłka” Ruskiej Bursy. Trzy siostry, wojna, przeszłość, tajemnice, traumy i relacje wystawione na próbę. Spektakl w języku łemkowskim, prosty, oszczędny, a jednocześnie przejmujący. Drewno i czerwone jabłka. Sen i jawa. 


Potem „Czerwona rzeka” Teatru Chorea. Trudno mi pisać o tym spektaklu z perspektywy mężczyzny, bo przeznaczony był dla kobiet, ale widziałem, że wiele z nich było bardzo poruszonych i płakały. Kobiece ciało, krew, cykliczność, pamięć, bliskość. Artystki zwracające się bezpośrednio do kobiet na widowni, mówiły: „widzę Cię” i czuję. Może też i w teatrze właśnie nie chodzi o to „patrzcie na mnie” – tylko o „widzę Cię”.


I wreszcie „Tyrania” Teatru Terminus A Quo. Artysta przeciwko tłumowi. Jednostka przeciwko masie. Tłum, który chce zostać zauważony i zapamiętany. Bunt, przemoc, unicestwienie artysty i narodziny kolejnego uzurpatora. Spektakl mający w sobie coś niepokojącego, bo choć jego język jest teatralny i symboliczny, pytania są aż nazbyt rzeczywiste. Co dzieje się z jednostką, kiedy tłum przestaje być zbiorem ludzi, a staje się bezimienną masą? Czy artysta może pozostać niezależny, kiedy wszyscy domagają się, żeby mówił dokładnie to, czego od niego oczekują?



Na zakończenie – z Berlina - „Wielka podróż (Die grosse Reise)” w wykonaniu Theater ANU. Tysiące świec. Labirynt. Człowiek w drodze. I ta bardzo prosta myśl, że może największą podróżą wcale nie jest podróż gdzieś daleko, tylko ta, która prowadzi do samego siebie. Wśród tysięcy małych świateł wszystko nagle zwalnia. Obrazy zaczynają działać jak sny. Widz przestaje być tylko widzem. Na chwilę staje się częścią tego labiryntu, który jest życiem.



Zastanawiam się - czym jest Innowica? Na pewno nie jest festiwalem spektakli. To niezwykła mieszanka sztuki, życia, rozmów, muzyki, przyrody i przypadku, których nie da się zaplanować w żadnym programie. I może dlatego Innowica przyciąga. Może dlatego, że coraz bardziej potrzebujemy czegoś, czego nie da się przesłać przez internet - potrzebujemy drugiego człowieka. Prawdziwego głosu, a nie wiadomości głosowej. Czyjejś twarzy, a nie zdjęcia profilowego. Uczucia, a nie emotikonów. Potrzebujemy dotyku, rozmowy, wspólnego milczenia, muzyki, która brzmi w powietrzu, i aktora będącego na wyciągnięcie ręki.


W świecie coraz bardziej zanurzonym w wirtualności Innowica może wydawać się czymś staroświeckim. I całe szczęście. Bo tutaj człowiek może usiąść obok nieznajomego i po chwili zacząć z nim rozmawiać. Tutaj spektakle wydarzają się na przykład na łące, a przypadkowe spotkanie przy herbacie okazuję się czasem ważniejsze niż niejeden punkt programu. Dlatego kiedy ostatni widz wraca do domu, a Nowica cichnie, nie mam poczucia, że festiwal się skończył. Bo Innowica nie kończy się wraz z ostatnim spektaklem. Coś pozostaje.

W pamięci.

W rozmowach.

W ludziach.

I właśnie dlatego po dziewiętnastu latach wciąż chcę tutaj wracać i tworzyć z przyjaciółmi ten niezwykły festiwal.

Miejsce, gdzie teatr jest prawdziwym spotkaniem.

Miejsce, gdzie przez trzy dni można uwierzyć, że świat wcale nie jest taki, jaki jest.



Piotr Bussold


Kolejna InNOWICA za nami. Nigdy nie myślałam przeprowadzając się w Beskid Niski, że tak blisko będę miała teatralną rodzinę. Nie od razu była to wielka miłość. Pamiętam jak przyjechałam tam pierwszy raz, wszystko mnie wkurzało  i wszystko krytykowałam; organizacje, a raczej jej brak, ich wyluzowanie, niedbałość o przekaz artystyczny, biegające dzieci i psy. To wszystko pokazało mi jaka jestem spięta i jak usztywniłam się w „warszawce”. Po pięciu latach nic z tych rzeczy mi nie przeszkadza. Akceptuję cały ten twórczy chaos i tą dziką szczęśliwą widownię. Dziękuję za „Trzy jabłka” (Natalia Małecka Nowak, Iwona Iskra, Monika Tylawska). Pierwszy raz słyszałam język łemkowski na scenie, dialog w tym języku w teatrze. Dziękuję. 


Do głębi poruszył mnie spektakl Teatr Chorea „Czerwona Rzeka” w reżyserii Darii Wiktorii Kopiec. I znowu musiałam puścić moje przekonania, że taki temat powinien się opowiadać w małych przestrzeniach, intymnie i kameralnie. No nie. Na podwórzu Nowica 9, wśród ogromnej publiczności z dziećmi i psami - dziewczyny odegrały misterium kobiecej cykliczności krwi, zabrały nas w podróż wokół sacrum i profanum KOBIECOŚCI. Dziękuję kochane. Czułam się widziana. Przepłakałam całą godzinę,  bo sobie na to pozwoliłam. I na koniec spotkanie z Andrzej Żygadło (mój krajan urodziliśmy się w tym samym szpitalu w Przeworsku). Artysta, który mnie znokautował cyklem swoich obrazów „Derewce” i opowieściami o swoim procesie twórczym. Z mięciutkim sercem myślę o tych trzech ostatnich dniach. I wdzięczna jestem ogromnie - Mateusz Sora, Kasia Rokosz, Piotr Bussold. Kocham Was i dziękuję, że mogłam się na Innowicy podzielić moją historią „Zbieraczami Kości” 


Monika Babula (Teatr Plemię)

Brak komentarzy: